czwartek, 5 listopada 2015

Festiwal wędrowny w Szwajcarii Saksońskiej - 12h wędrówka

Szwajcaria Saksońska (Sächsische Schweiz) jest jednym z moich ulubionych regionów w Niemczech. Malownicze krajobrazy, dziwaczne formy skalne, urokliwe miasteczka, kilometry szlaków wędrownych o różnym stopniu trudności, z których żaden jednak nie jest bardzo wymagający - te właściwości zdecydowały, że już dawno obrałam region za cel częstszych wypadów. Saską Szwajcarię po raz pierwszy odwiedziłam w 2010 roku podczas mojej wielkiej podróży po Niemczech. Rok później wybrałam się tam na jeden dzień z mamą. We wrześniu 2015 roku powróciłam, by wziąć udział w organizowanym przez SportScheck festiwalu wędrownym. Krótko po nim wybrałam się jeszcze dwa razy, by zaliczyć kolejne etapy Drogi Malarzy (Malerweg).
 

Najpopularniejszy cel wypraw do Szwajcarii Saksońskiej - Baszta (Bastei), 2011

O festiwalu dowiedziałam się z postu FB Związku Turystycznego, odpowiedzialnego za promocję regionu (Tourismusverband Sächsische Schweiz e.V.). Padła tam między innymi deklaracja, że wszyscy, którzy się jeszcze zgłoszą na wędrówkę, otrzymają plecak w prezencie (razem było 1000 sztuk do rozdania). Zaintrygowała mnie idea festiwalu. Plecak trochę mniej, gdyż niedawno kupiłam sobie nowy. Podczas sierpniowego urlopu w Alpach Berchtesgadeńskich, przy recepcji hotelu, spotkałam parę, która właśnie wróciła z 12-godzinnej wędrówki. Oboje umorusani od stóp do głów błotem, z fryzurami a'la halny, z widocznym zmęczeniem ale też i wielkim uśmiechem na twarzy wyglądali na bardzo zadowolonych. Też chciałam spróbować. Oczywiście Alp nie można porównywać ze skałkami nad Łabą, ale właśnie o to chodziło. Na pierwszy raz "małe górki" wystarczą.
 
Region dla wymagających, Alpy Berchtesgadeńskie, 2015

Dni, festiwale, weekendy wędrowne są w Niemczech bardzo popularne. Organizują je gminy, stowarzyszenia i związki turystyczne. Główną imprezą wszystkich pieszych turystów jest Niemiecki Dzień Wędrowny (Deutscher Wandertag), który co roku odbywa się w innym regionie i tak naprawdę trwa kilka dni. Uczestniczy w nim zazwyczaj od 20.000 do 30.000 ludzi. Wydarzenie ma długą tradycję bo po raz pierwszy Wandertag odbył się w 1883 roku w Rhön i z kilkuletnimi przerwami w okresie wojennym kontynuowany jest do dzisiaj. Warto wiedzieć, że w 2016 roku gospodarzem imprezy będzie Szwajcaria Saksońska (Sebnitz) a w 2017 Eisenach w Lesie Turyńskim. Ponad Eisenach wznosi się słynny zamek Wartburg, w którym Marcin Luter przetłumaczył Nowy Testament na niemiecki, a na 2017 rok przypada 500. rocznica reformacji.
 
Wróćmy jednak do znacznie skromniejszej, jeśli chodzi o ilość uczestników imprezy, do Festiwalu Wędrownego w Bad Schandau. Jego organizatorem była firma SportScheck z partnerami. Na sobotę i niedzielę zaplanowano ponad trzydzieści tras dla rodzin, krajoznawczych i typowych wędrówek po górach, w których oferowano miejsca dla 1500 uczestników. Główną atrakcją festiwalu była jednak 33-kilometrowa trasa do pokonania w 12 godzin. I to właśnie ta propozycja przykuła moją uwagę. Ostatni raz taki etap w ciągu jednego dnia pokonałam na studiach (wieki temu). Było to na pielgrzymce, na którą udałam się z rodzinnego miasta, Zielonej Góry do Częstochowy, a kierowały mną nie tyle religijne powody co chęć przekonania się, że ludzie rzeczywiście przemierzają całą drogę pieszo!
 
Ponieważ wędrówka zaczynała się o 5.00 nad ranem, odpadał nocny dojazd z Berlina od razu na miejsce. Poza tym akredytacja wymagana była dzień wcześniej, czyli w piątek. Noclegu szukałam z małą wiarą na przystępną cenę. Bad Schandau nie jest dużą miejscowością, liczy sobie 3 800 mieszkańców. Dodatkowe kilka setek ludzi w weekend na pewno nie ułatwi poszukiwań. Okazało się, że nie było tak źle. Byłam gotowa nawet nocować gdzieś w okolicy w razie czego (dobrze, że tego nie uczyniłam, o czym dalej), ale znalazłam nocleg za 45 euro w Ostrau, jednej z dzielnic Bad Schandau. Do obozu imprezy miałabym stamtąd około 40 minut pieszo. Cena noclegu była powyżej mojego zwyczajowego wydatku, ale w dobrym miejscu i terminie, za nowe doświadczenia - do zaakceptowania. Dodam, że mimo poszukiwań osoby chętnej na wypad, ostatecznie pojechałam sama. Koszty przejazdu z Berlina wyniosły mnie nieco ponad 10 euro w jedną stronę. Do Drezna skorzystałam z oferty MeinFernbus (najniższa cena wynosi obecnie 7 euro, ja zapłaciłam 4 euro po wykorzystaniu kuponu rabatowego), a potem kolejką miejską za 6,2 euro do Bad Schandau.
 
Wpisowe wynosiło 30 euro. W tym ujęte były trzy posiłki na trasie, poczęstunki na miejscu w obozie przed trasą i po, wspomniany plecak (Jack Wolfskin), mapa do podstemplowania kolejnych etapów i wg informacji na stronie certyfikat potwierdzający udział w wędrówce. Tego ostatniego jednak nie było. Po zgłoszeniu online na stronie firmy otrzymywało się dane do przelewu oraz informacje dotyczące przebiegu wędrówki, ubioru i obowiązkowego wyposażenia. Wymogi przedstawione tak, że "bez markowej odzieży, super-oddychającej kurtki, najnowszych butów, plastrów na odciski i łebkolatarki ani rusz". Tuż przed porannym wyjściem zaplanowano sprawdzanie wyposażenia i ubioru uczestników przez przedstawicieli szkoły narciarskiej. W głowie zrodziła mi się myśl, jak oni będą sprawdzać 300 uczestników w ciągu 15 minut i czy każdemu chcą zaglądać do plecaka, czy ma odpowiednie plastry i bandaże (nie jakieś tam zwykłe bandaże, ale takie i owakie, opisane w przysłanym zestawieniu). Z tego wszystkiego nabyłam nowe spodnie, odpowiednią latarkę, specjalne skarpetki do wędrowania i parę innych drobiazgów. Buty miałam w miarę nowe ale niewysokie. Sprawdzone przez lata na bieszczadzkich szlakach trepy zostały w Zielonej Górze. Kurtka zwyczajna. Ciekawiło mnie jak bardzo będzie odstawać od tych markowych ;) Uznałam, że idę w końcu na własną odpowiedzialność i za kurtkę też ją biorę, i za to, że nie jest wystarczająco przewiewna.
 
Wszystko to i trochę więcej zapakowałam do nowo kupionego plecaka 35l o rażącym, pomarańczowym kolorze. Na stronie była informacja, że zbędny bagaż będzie można zdeponować na terenie obozu na czas wędrówki.
 
Piątek, 25.09.2015
Po przybyciu na teren obozu, rozłożonego tuż przy termach nad rzeką, kręciło się niewiele osób. Odebrałam dokumenty, zabrano mi dowód wpłaty, który tylko przypadkiem miałam ze sobą. Pierwsza niespodzianka - nie ma możliwości zostawienia bagażu. Czyli wszystko co zabrałam + odebrany plecak-prezent trzeba było nosić ze sobą (było tego koło 6 kg). Otrzymany w prezencie plecak oceniłam jako całkiem udany, przydatny na jednodniową wędrówkę, bez szaleństw i bajerów. Od któregoś z wielkoludów-wędrowników podsłuchałam opinię, że to właściwie jest Kinderrucksack (plecak dla dzieci). Obowiązkowe spotkanie dla uczestników 12-godzinnej wędrówki wyznaczono na 21.00. Do tego czasu zakwaterowałam się w pensjonacie, otrzymując zamiast pokoju, apartament z sypialnią, salonem, osobną kuchnią i łazienką. Pospacerowałam również po okolicy, fotografując na potrzeby strony internetowej obie kliniki w Bad Schandau, najważniejsze zabytki i słynny tramwaj Kirnitzschtalbahn. Wieczorem z łebkolatarką zeszłam na dół do obozu (Ostrau położone jest na płaskowyżu, 130 metrów powyżej centrum miejscowości), po raz trzeci już pokonując słabo oświetloną Drogę Lutra (20 minut przez las). Po raz pierwszy zobaczyłam też oświetlenie zabytkowej osobowej windy z 1904 roku.
 
Winda osobowa (Personenaufzug) łączy centrum Bad Schandau z Ostrau położonym 130 metrów wyżej, 2015

Na terenie ExpoArea odbywała się właśnie prezentacja niezwykłych dokonań trzech ekip filmowych, którzy z tysięcy zdjęć składają krótkie, ale zapierające dech w piersiach, filmy poklatkowe z krajobrazami Saskiej Szwajcarii. Thomas Pöchlein ze Stativkarawane opowiadał, że do wykonania 10 minutowego filmu jego koledzy spędzili 20 nocy w górach. Do złożenia 4-sekundowej sekwencji potrzeba jednej godziny fotografowania ujęć co pięć sekund. Efekty prac można było zobaczyć na wielkim ekranie.
 

O 21.00 rozpoczęło się spotkanie uczestników 12-godzinnego rajdu. Moim zdaniem trochę późno, zważywszy, że niektórzy, tak jak na przykład ja, w pensjonatach znaleźli się koło 22.30 a wstać trzeba było już koło 3.00 nad ranem. Na spotkaniu, szczegóły programu omawiał przedstawiciel firmy SportScheck oraz lokalny przewodnik. Jeden zasuwał w dialekcie bawarskim, drugi w saksońskim. Obcokrajowiec znający średnio niemiecki mógłby zginąć. :) Ustalono, że wymarsz i dotarcie do oznakowanej Ścieżki Malarzy będzie wspólne, żeby nikt nie pogubił się w samej miejscowości. Dla wprawnych biegaczy na początku będzie szedł w odpowiednim tempie przewodnik. Pierwsza przerwa, przeznaczona na śniadanie, będzie po około 4-5 godzinach marszu i pokonaniu najdłuższego i najbardziej urozmaiconego (czytaj góra-dół) odcinka drogi. Było coś o wąskich przejściach, śliskich kamieniach i chyba drabinkach. Rozdawano mapy z zaznaczoną trasą i punktami posiłków, przy których należało się odmeldować przy wyjściu na kolejny etap. Na każdym punkcie można było podstemplować mapę na pamiątkę, ale uprzedzono, że numery pieczątek się pomieszały i nie odpowiadają właściwej kolejności. Do spisania były też godziny odjazdów promów, autobusów i kolejki miejskiej z docelowego punktu (Schmilka) do centrum Bad Schandau. Jeśli ktoś chciał, mógł wypożyczyć łebkolatarkę lub urządzenie GPS do testowania. Po niecałej pół godzinie spotkanie się zakończyło, a ja po raz czwarty tego dnia obrałam Drogę Lutra do pensjonatu.
 
Dla uczestników 12-godzinnego rajdu był przeznaczony osobny namiot na terenie obozu. Na pierwszym planie plecak-prezent. Na stole informacja o możliwościach powrotu po zakończeniu wędrówki, 2015

Droga z centrum do pensjonatu zajmowała mi 40 minut dobrym marszem. Wąskimi schodami wchodziło się na zbocze, porośnięte drzewami. Wytyczona droga była szeroka, ale jak każda pokonywana w nocy mało przyjemna. Z racji, że jest to lokalna spacerówka dla kuracjuszy, co kilkadziesiąt metrów stały lampy, których żółtawe światło rozświetlało co najwyżej kilka metrów naokoło. U wylotu, już w Ostrau, taki oto "straszny dom" ujął mnie za serce. Otóż na przełomie XIX i XX wieku w Schandau (jeszcze nie Bad, kurortem stał się w 1920 roku), działał bardzo aktywny przedsiębiorca, Rudolf Sendig (1848-1928). Z jego inicjatywy zbudowana została nowoczesna winda osobowa, która miała stanowić szybkie i wygodne połączenie między dwoma dzielnicami. Co do Ostrau ambitny hotelarz miał plany, by wznieść tu supernowoczesne centrum sportowe i lotnisko. Odpowiednia zabudowa miała nadać miejscu atmosferę prestiżu i luksusu i owa drewniana willa w skandynawskim stylu jest jedną z prób realizacji idei Sendiga.
 
Piękny, straszny, opuszczony i zrujnowany dom w Ostrau, 2015

Sobota, 25.09.2015
Noc była bardzo krótka i niedospana. Uczestnicy rajdu mieli stawić się o 4.30 na dole, zatem dla mnie oznaczało to wyjście 3.50. Teraz proszę sobie wyobrazić "nocleg w okolicy" lub nawet sąsiedniej miejscowości. Od 1934 roku Ostrau przynależy do Bad Schandau, a że położone nieco z boku, kto to mógł wiedzieć. Na pewno bliżej z niego do centrum niż z przeciwległego brzegu Łaby. O czwartej nad ranem Droga Lutra spowita była jeszcze w ciemnościach. Okazało się, że lampy włączane są dopiero godzinę później. Miałam zatem krótki przedsmak wędrowania tylko przy świetle latarki. W obozie czekały ciepłe napoje (kawa, herbata) oraz batoniki muesli. Krótki przegląd mody utwierdził mnie, że chociaż większość uczestników miała na sobie markowe kurtki, to całość ekspozycji była bardzo zróżnicowana. Szumnie zapowiedziana kontrola ograniczyła się do wzrokowego sprawdzenia, czy ktoś przez przypadek nie wybiera się na trasę w piżamie i kapciach. Punktualnie o piątej był wymarsz. Dla kilku mieszkańców, którzy już byli na nogach, pewnie ciekawy widok - trzy setki ludzi z łebkolatarkami na głowie albo w ręku. Na wąskich ulicach wyglądało to jak jakieś oblężenie. Kiedy tłum skierował się na znane mi schody, moje przypuszczenia się potwierdziły. Droga Lutra po raz czwarty pod górę w ciągu ostatnich 12 godzin. Przewodnik-przodownik faktycznie nadał tempo, ale w miejscowości nie było jeszcze tyle miejsca by swobodnie wyprzedzać innych. Za to na wylocie przy "strasznym domu" właściwie było już pusto. Jakaś kobieta zapytała się mnie w którą stronę poszedł peleton, bo właściwie to wszyscy zostali z tyłu. Pokazałam jej kierunek (gdzie zniknęły ostatnie światła latarek), a ta stwierdziła, że nawet jak na początek, to nadane tempo trochę za szybkie według niej. Dogoniłam peleton, który zatrzymał się na chwilę na rozdrożu, by złapać świetlny kontakt z pozostałą częścią grupy. Nie muszę dodawać, że przechodziliśmy też koło mojego pensjonatu. ;) Mimo ciemności, wiedziałam, w którą stronę się kierujemy. Za dnia zrobiłam zdjęcia grupy skał, widziałam też znaki kierujące na Drogę Malarzy.
 
Grupa skał widziana z drogi w Ostrau, po lewej Falkenstein, po prawej Schrammsteine, 2015

Pierwszy, najbardziej widowiskowy odcinek został pokonany zatem w ciemnościach. Od czasu do czasu rzut światłem na mijane drzewa, domy, skały tworzące bramę, to wszystko. Kiedy po około godzinie ścieżka zaczęła się piąć pod górę, w szeregach grupy znacznie się rozluźniło, każdy obierał własne tempo. Małe korki powstawały jedynie przed drabinkami. Zastanawiałam się, jak te drabinki pokona słusznych rozmiarów pies, którego wypatrzyłam wśród grupy (miał bardzo gustowną świecącą obrożę), ale to pozostało tajemnicą. Być może został wniesiony, a może poszedł ze swoimi paniami ścieżką naokoło skał, bo na górze już go nie widziałam. Z miejsca, skąd zostało zrobione zdjęcie, dotarcie na szczyt zajęło niecałą godzinę! O 6.30 byłam na górze, skąd za dnia na pewno rozpościera się przepiękny widok. A za poranka, no cóż... To pierwsze zdjęcia i jedne z nielicznych widokowych, jakie zrobiłam na trasie.
 
Widok z punktu widokowego na Schrammsteine, 2015


Schrammsteine zostały odnotowane jako cel kolejnej wyprawy. Jest to cały kompleks skał, na które trzeba się wspiąć po licznych drabinkach. Na górze zachwycająca ścieżka granią, która co rusz odsłania kolejne widoki z wysokości ponad 400 metrów n.p.m. Dalsza droga to na przemian wspinaczka pod górę (na której gwałtownie zwalniałam) lub w dół (gdzie udawało mi się nieco przyspieszyć). Na trasie najczęściej byłam sama. Trzy razy zawracałam kogoś z niewłaściwej drogi, ha, ha... Droga Malarzy w kilku miejscach nie jest tak jednoznacznie oznaczona. Z obawy, że nie wyrobię czasowo, na tym pierwszym etapie, obfitującym w najwięcej widoków praktycznie nie robiłam żadnych zdjęć.
 


Nie zatrzymałam się również przy wodospadzie Lichtenhain (Lichtenhainer Wasserfall), chociaż mnie korciło. Jest to ulubiony cel kuracjuszy i turystów z Bad Schandau, gdyż można do niego wygodnie dotrzeć wspomnianym, historycznym tramwajem (Kirnitzschtalbahn, 8 km).
 
Kradziona z drogi fota na zabudowania i gospodę przy wodospadzie Lichtenstein, 2015

W wielu przewodnikach wyprawa tramwajem pod wodospad jest łączona z 30-minutowym spacerem do górskiej gospody, położonej przy efektownej grupie skał Kuhstall. Tak prowadziła też i nasza trasa. Ten półgodzinny odcinek drogi do miejsca, w którym był pierwszy punkt i śniadanie był najgorszym z całego dnia. Szeroka ścieżka nie była stroma, ale wlokła się i wlokła ze stałym nachyleniem, że zdążyło mnie wyprzedzić kilkanaście ludzi, których wcześniej nie widziałam za sobą. Pomyślałam sobie, że już wiem, jak to jest na takich rajdach i mi wystarczy. Dotrę do gospody, zjem coś, odpocznę i się odmelduję z dalszej trasy z podziękowaniem. Pogoda w ten dzień była wymarzona, więc już uroił mi się plan, że zejdę z powrotem do wodospadu, potem przejadę się tramwajem do Bad Schandau a stamtąd do Pirna na kawę i ciacho. Nigdy nie byłam w Pirna, ale w głowie miałam uroczy obrazek Canaletto (1722-1780, ten od wedut warszawskich), przedstawiający sielski i anielski rynek miasta, które nie doświadczyło większych zniszczeń wojennych. Plan był tym bardziej słuszny, że z kolejnych punktów trudniej byłoby mi dotrzeć do cywilizacji. Organizatorzy prosili bowiem, że jeśli ktoś chciał zrezygnować z dalszej wędrówki, niech przynajmniej dotrze do punktu meldunku, gdzie zgłosiłby swój zamiar i został odhaczony na liście. W żółwim tempie, około godziny 9.00 dowlokłam się do gospody.
 
Górska gospoda "Am Kuhstall", 2015

Śniadanie zostało zorganizowane przy górskiej gospodzie "Am Kuhstall". Na zewnątrz stały stoliki (obrusy!) z pieczywem, wędlinami i serami do wyboru. Do tego miód, marmolada, masło, margaryna, muesli, mleko. A do picia soki, kawa, herbata i woda w butelkach. Nic wielkiego ale każdy mógł się najeść, zrobić kanapki, zabrać butelkę z wodą lub uzupełnić termos. Kolejek też nie było, a na miejscu dostępne były toalety (jak to w Niemczech, toaleta, nawet na końcu świata jest wykafelkowana, czysta, z bieżącą wodą i wszelkimi akcesoriami do mycia).
 
Śniadanie na pierwszym punkcie rajdu, 2015

Przerwa zabrała mi 45 minut. Siedząc przy stole słałam do przyjaciół smsy pełne przekleństw, o tym że kończę wędrówkę i dalej nie idę. Trudno. Zrobiłam tylko jeden ale za to najdłuższy etap, wiem jak to wszystko wygląda, wystarczy. W odpowiedzi otrzymałam słowa otuchy i zrozumienia ale też polecenia maszerowania do końca. :) W międzyczasie do stolika dosiadła się para, którą mijałam na trasie i która głośno rozmawiała w nieznanym mi języku. A że ze słuchu znam wiele europejskich języków, zagadałam do nich i po krótkiej chwili okazało się, że pochodzą z Rumunii i mieszkają w Dreźnie. Wymieniliśmy kilka uwag na temat organizacji rajdu, górskich tęsknot, rumuńskich niedźwiedzi, karpackich przestrzeni i ucywilizowanych ścieżek w Niemczech. Ostatnio usłyszałam bowiem, że w Bieszczadach przymierzają się do budowania stopni na szlakach górskich. Takie schody, wszechobecne na niemieckich trasach, nie są wygodne, o czym przekonałam się na ostatnim odcinku wędrówki. Postanowiłam bowiem ruszyć dalej.
 
Największa brama skalna w Szwajcarii Saksońskiej - Kuhstall, 2015

Przedtem jednak rzut oka na bardzo malowniczą formację skalną, tzw. Kuhstall (dosłownie: stodoła dla krów). Jest to największa, naturalna brama skalna Gór Połabskich po niemieckiej stronie. Legenda głosi, że podczas wojny trzydziestoletniej miejscowa ludność ukrywała tutaj swoje bydło, by nie padło łupem wygłodniałego wojska. Inna historia opowiada z kolei o rycerzach-rabusiach, którzy trzymali tu uprowadzoną okolicznym mieszkańcom rogaciznę. Na szczycie skały znajduje się punkt widokowy, do którego prowadzi "drabina do nieba" - bardzo wąska ścieżka złożona z kamiennych schodków i drabinek. Mimo że kusiło, nie weszłam na górę. Podobnie jak Schrammsteine, wodospad tak i tą skałę zostawiłam sobie do eksploracji na przyszłość. Ścieżka Malarzy z tego miejsca kierowała uczestników rajdu ostro w dół.
 

Kolejny etap nie miał już takiego morderczego tempa. Trasa wiodła głównie lasem, bez spektakularnych punktów widokowych i formacji skalnych. Od czasu do czasu schodziła na asfaltówkę i przecinała parking dla samochodów. Region jest łatwo dostępny dla każdego, a trasy można sobie swobodnie układać lub łączyć i w razie czego do punktu wyjściowego podjechać autobusem lub samochodem. Na rozdrożu przy schronisku Neumann Mühle (Młyn Neumanna) można było znacznie skrócić trasę i przejść wygodną asfaltową drogą do kolejnego punktu, omijając kilka szczytów i zaoszczędzając kilkanaście kilometrów. Oficjalnie taka możliwość nie była wskazana, ale przypuszczam, że kilkanaście uczestników z tego skorzystało. Sama widziałam, jak dwie dziewczyny, po chwili dyskusji, skierowały się na wspomnianą drogę.
 
Jedyny punkt widokowy z pozostałej trasy tego dnia, szlak wiódł głównie lasami, 2015

Około godziny 13.00 kolejny postój, tym razem przy gospodzie o nazwie Zeughaus. Tutaj uczestnikom rajdu serwowano ciepły posiłek. Do wyboru były dwie gęste zupy, z soczewicy albo młodej cebulki. Obie w wersji dla wegetarian. Do tego podawano pieczywo i napoje. Częstować można się było wiele razy a samowary z zupą i kosze z pieczywem znowu na stołach, przykrytych białymi obrusami!
 
Widok z drogi na gospodę Zeughaus, 2015

Jeśli ktoś chciał skorzystać z lokalnej kuchni, nie było przeszkód. Trzeba ją było jednak opłacić samemu. Ja wybrałam zupę z soczewicy (drugiej nie próbowałam) i smakowała bardzo dobrze. Do tego noszone od rana batoniki muesli, a przede wszystkim dużo płynów. Herbaty, soków i wody nie brakowało na żadnym punkcie. Wśród uczestników rajdu za to, na stołach, królowało zakupione w gospodzie piwo.
 
Zupa z soczewicy i herbata, 2015

Tym razem przerwa nie trwała dłużej niż 20 minut. Za mną już mniej niż więcej drogi a i energii też nie brakowało. Przy kolejnym etapie tylko pierwszy odcinek drogi szedł pod górkę a potem trasa utrzymywała się na jednym poziomie. Do zdobycia był bowiem drugi najwyższy szczyt Szwajcarii Saksońskiej po niemieckiej stronie, Großer Winterberg (556 m) i większa część podejścia tego rozległego masywu została już pokonana.
 
Po dłuższym podejściu, chwila na złapanie oddechu i zdjęcie skałki, 2015

Swobodnie i bez większego wysiłku po nieco ponad godzinie dotarłam do trzeciego punktu. Czas na podwieczorek! Na stołach kilka rodzajów ciast, kawa i herbata. Toalety w pobliskiej restauracji. Szczyt jest jednym z ulubionych punktów turystycznych okolicy. Poza górskim hotelem i restauracją znajduje się tu również punkt informacyjny Parku Narodowego Szwajcaria Saksońska oraz wieża widokowa.
 
Hotel i restauracja na szczycie Großer Winterberg, 2015

Punkt informacyjny parku narodowego

Podwieczorek na trasie, 2015

Ostatnim etapem było już tylko zejście do, położonej u stóp góry, miejscowości Schmilka. Łatwo powiedzieć. Nadwerężone całodniową wędrówką stawy odmawiały nie tylko mi posłuszeństwa. Droga prowadziła ostro w dół po wysokich stopniach i trzeba było bardzo uważać, żeby się nie potknąć. Z drugiej strony nie chciałabym tej ścieżki pokonywać w górę. 40 minut ciągłego zejścia, w bardzo, bardzo wolnym tempie. W połowie drogi założyłam elastyczne opaski na oba kolana i jakoś poszło do końca. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłaby tu normalna ścieżka bez stopni, o czym świadczy wydeptana dróżka obok. Rozumiem jednak, że podczas deszczu, czy topniejącego śniegu stopnie ułatwiają jej pokonanie. Ponadto jest to najkrótsza trasa ze Schmilki do hotelu na górze, gdyż transport trzeba specjalnie organizować i jest odpłatny.
 
Tablica przed jedną z gospód w Schmilka. W wolnym tłumaczeniu:
Przeżyłeś w dziczy, teraz możesz się za to nagrodzić. (zwroty w formie grzecznościowej), 2015

Schmilka to jedna z dzielnic należąca do Bad Schandau. Liczy sobie nie więcej niż 200 mieszkańców. Wzdłuż głównej ulicy, prowadzącej do przystani nad Łabą znajduje się zabytkowy młyn i browar. Kilkaset metrów dalej idąc wzdłuż rzeki jest już granica z Czechami i pozostałości po dawnych przejściu. Na dole otrzymałam ostatni stempel na mapę, informacje o dostępnych połączeniach w kierunku Bad Schandau i koniec. 10 godzin i 40 minut zajęła mi 33-kilometrowa trasa, połączona z dwóch dziennych etapów Ścieżki Malarzy. Do promu było jeszcze sporo czasu, szybciej odjeżdżał autobus. Kiedy nadjechał, nie zdołał zabrać wszystkich chętnych, ale mi udało się nawet dostać miejsce siedzące. I dobrze, bo choć do Bad Schandau było tylko kilka kilometrów to linia obsługiwała również przystanki położone wyżej w Ostrau i w sumie jazda zajęła koło 20 minut. Jeszcze raz rzut oka na Schrammsteine w oddali, na pensjonat, w którym nocowałam, zabytkową windę i już jestem na miejscu.
 
Tylko niewielu uczestników rajdu skierowało się z powrotem do obozu. Festiwal wciąż trwał, na wieczór zapowiadano kolejne prezentacje i atrakcje. Większość poszła się odświeżyć i przebrać do hotelu. W opustoszałym obozie można było napić się kawy lub herbaty, na stołach leżały kanapki i góra owoców. Ponieważ do odjazdu pociągu miałam jeszcze trochę czasu, skorzystałam z okazji, by porozmawiać z organizatorami. Przed 18.00 udałam się na przystań, skąd promem przepłynęłam do stacji kolejowej. Stamtąd kolejką do Drezna i o 20.30 autobusem do Berlina.
 
Schmilka, w drodze na przystań. Kilka tygodni później ze stacji kolejowej po drugiej stronie rzeki,
rozpoczęłam wspinaczkę na widoczne zbocze, by pokonać kolejny etap Drogi Malarzy, 2015

Podsumowanie
Szwajcaria Saksońska to nie tylko Basteje i twierdza Königstein. Spacer z Rathen na najpopularniejszą formację skalną wydaje mi się teraz dziecinną przebieżką w porównaniu do tras, jakie region ma jeszcze do zaoferowania. Dawno już postanowiłam, że 112-kilometrową Drogę Malarzy zaliczę w całości, choć oczywiście nie naraz i cieszę się, że te dwa etapy mam już za sobą. Odcinek od Kuhlstall do hotelu na Großer Winterberg wydał mi się bowiem nieco monotonny. Chętnie podejmę za to jeszcze raz drogę, idącą przez Schrammsteine, wodospad Lichtenhain i skały Kuhstall. Był to najciekawszy odcinek. W listopadzie tego roku podjęłam wyprawę, ale pogoda pokrzyżowała plany i ostatecznie zaliczyłam inny etap drogi, o czym będzie również na blogu.
Szwajcaria Saksońska jest mi najbliżej położonym terenem górskim, dlatego kiedy mam okazję, chętnie tu przyjeżdżam.
Biorąc pierwszy raz udział w takiej imprezie, nie mam porównania, ale organizacja bardzo mi się podobała. Przydałby się oczywiście depozyt na bagaż. Białe obrusy na stołach pośrodku lasu - niezwykłe. Nieskomplikowane procedury meldunku, dobra informacja i przede wszystkim spełniony cel podjętego przedsięwzięcia - długa wędrówka w atrakcyjnym otoczeniu, bez zbędnych akcji i treści - zdecydowały, że w przyszłości na pewno zdecyduje się jeszcze nie raz na udział w podobnym wydarzeniu.
 
Przydatne linki
Droga Malarzy (Malerweg)
Elbsandsteingebirge - Sächsische Schweiz FB
Imprezy wędrowne SportScheck
Niemiecki Dzień Wędrowny 2016
Pensjonat Ostrauer Hof
Stativkarawane i ich zachwycające krajobrazowe filmy
Park Narodowy Szwajcaria Saksońska

niedziela, 31 maja 2015

Droga z Rathen na Basteje - jedna z moich ulubionych tras widokowych w Niemczech

Bastei (Baszta) była jednym z moich pierwszych celów podróży po Niemczech w 2010 roku. Wcześniej oglądałam wprawdzie jakieś zdjęcia na stronach internetowych ale to co zobaczyłam z okien pociągu jadącego wzdłuż brzegu Łaby sprawiło, że po raz pierwszy opadła mi szczęka (nie opadała tak często jakby się to mogło wydawać z moich ciągłych zachwytów). Po krótkim pobycie w Bad Schandau zawróciłam czym prędzej kolejką S-Bahn w stronę Rathen, wnioskując "na czuja", że z tego miasteczka będzie najkrótsza droga na Basteje. W 2010 roku krajobrazy i zwiedzane miejsca przeliczały się na ilość zaliczonych wrażeń a nie sensowny czas pobytu :)
 
Przystań promowa znajduje się kilka kroków od stacji kolejowej. Cel jest i tak dobrze widoczny po drugiej stronie rzeki. Kupuję bilet w jedną stronę, bo nie wiem, czy będę chciała wracać tą samą drogą. Pewnie nie. Ostatecznie postanawiam przejść pieszo do kolejnej miejscowości ze stacją S-Bahn, czyli do Stadt Wehlen.
 
Przeprawa w jedną stronę kosztuje 1€, w obie 1,8€ (2015, zobacz aktualne ceny promu).
 
Widok na formacje skalne z lewego brzegu Łaby (2010)

Na promie (2010)

Widok na prom w Rathen (2010)

Miasteczko Rathen ze swoją malowniczą architekturą, atrakcyjnym położeniem i świeżym powietrzem jest uznanym kurortem. Wspomniane po raz pierwszy w 1261 roku, dzisiaj liczy sobie zaledwie 500 mieszkańców. Z promu należy udać się w górę główną drogą, gdzie po kilku minutach spaceru zobaczyć można znak prowadzący w lewo na Basteje.
 
Rathen (2010)

Po kilku chwilach zabudowania zostają w tyle i wchodzi się na leśną ścieżkę.
 
Jeden ze znaków na szlaku (2010)

Droga jest dobrze widoczna (nie musi być nawet wyraźnie oznakowana), niekiedy prowadzi schodami i ma krótkie "odskocznie" na punkty widokowe. Warto zajść na każdy.
 
Widok na skały na szlaku (2010)

Schody na szlaku (2010)

Widok na lewobrzeżną część Rathen (2010)

Widok na Łabę na jednym z niższych punktów widokowych (2010)

A to już widok nieco wyżej na okolice (2010)

Widok na Łabę (2010)

Po drodze na właściwą Basteję można również przejść przez malownicze pozostałości skalnej twierdzy Neurathen, wzniesionej w średniowieczu. Przez lata była ona w posiadaniu czeskiej szlachty aż po wielu walkach w XV wieku ostatecznie zdobył ją saski elektor. Już wiek później twierdza zaczęła podupadać, zwłaszcza, że pożary niszczyły większość drewnianej zabudowy. Na początku XX wieku przeprowadzono badania archeologiczne a w latach 80. utworzono skansen-muzeum. Wstęp kosztuje 0,5-1,5€ i warto wydać tę drobną kwotę za możliwość podziwiania kolejnych widoków a także zapoznania się z historią i funkcjonowaniem skalnej twierdzy.
 
Zejście do dawnej twierdzy skalnej Neurathen (2010)

Widok na kamienny most wzniesiony w połowie XIX wieku (2010)

W dole leśna scena na 2000 miejsc (2010)

Skała "Mnich" z figurą mnicha na szczycie jako wiatrowskazem. Pierwsza stanęła już w 1887 roku, obecna jest kopią z lat 50. ubiegłego wieku. (2010)

Również z mostu rozpościerają się fantastyczne widoki (2010)

Most ma ponad 76 metrów długości i został wzniesiony w 1851 roku w miejsce drewnianego (2010)

Widoki z Baszty (2010)